sobota, 25 Listopad 2017, 01:01

Strona główna » REGION » Sputnikiem dookoła Ziemi
Sputnikiem dookoła Ziemi

Sputnikiem dookoła Ziemi

poniedziałek, 18 Sierpień 2014, 21:44 Kategoria: REGION, sport

Skończyliśmy włóczęgę wzdłuż portugalskiego wybrzeża. Ponad dwa tygodnie minęły od czasu, kiedy na dworcu w Cascais przywitaliśmy radośnie dołączającego do nas Mateusza Stańczaka i trzy dni od smutnego pożegnania z Karoliną na lotnisku w Faro. Powitaniom i pożegnaniom towarzyszą zawsze skrajne emocje. Wspaniałe jest wypicie z przyjacielem butelki wina po wielu miesiącach braku kontaktu, natomiast pożegnanie żony, z którą się spędziło pod żaglami szczęśliwe cztery miesiące jest doświadczeniem, które chciałoby się jak najdalej odsunąć w czasie. Wyścig z czasem dyktuje jednak rytm naszej wyprawy. Czas przylotów i odlotów kolejnych załogantów determinuje miejsca, które odwiedzamy, wreszcie oczekiwanie na narodziny naszego dziecka modyfikuje pierwotną koncepcję całej wyprawy.

Dla przypomnienia dodam, że pierwotnie po dołączeniu Mateusza w okolicach Lizbony mieliśmy wziąć kurs na Kanary, tam z kolejnymi załogantami zwiedzić dokładnie cały archipelag, by w listopadzie we dwoje z Karoliną ruszyć przez Atlantyk do Argentyny i dalej przez Cieśninę Magellana dookoła świata.

Już w marcu byliśmy pewni, że ten scenariusz trzeba będzie zmienić, bo na przełomie października i listopada spodziewamy się stałego powiększenia załogi. Najtrudniejszą kwestią było rozstrzygnięcie, czy w ogóle powinniśmy rozpoczynać wyprawę. Karolina czuła się jednak doskonale, ogrom pracy naszej i naszych przyjaciół został wykonany, więc szybko zdecydowaliśmy o kontynuowaniu pierwotnego planu. Oczywiste było jednak, że przeskok przez Atlantyk w tym roku nie będzie możliwy. Błyskawicznie powstał plan B, czyli opcja spędzenia kolejnego sezonu w Europie, gdzie obejmie nas ubezpieczenie i ewentualna pomoc medyczna i gdzie koszty lotów są najtańsze.

Szczegółowy plan ułożył się sam. Ustaliliśmy, że Karolina wraca do Polski w najpóźniejszym bezpiecznym i objętym ubezpieczeniem podróży terminie, następnie ja z przyjaciółmi kontynuuję żeglugę w rejonie Morza Śródziemnego do połowy października i wracam do domu przynajmniej na miesiąc, by powitać nowego członka rodziny. Jacht zostawię w tym czasie pod opieką Sławka, który żeglował z nami na początku rejsu, następnie będę przez dwa, trzy miesiące kontynuował żeglugę ze zmieniającą się załogą do czasu, kiedy Karolina z dzieckiem będzie mogła bezpiecznie wrócić na jacht. Ewentualny przeskok przez Atlantyk możemy wtedy przesunąć na kolejny listopad o ile wszystko pójdzie po naszej myśli.

Proste? Na pewno nie! Nie do przewidzenia są problemy, z którymi będziemy się w niedalekiej perspektywie borykać, więc umiejętność improwizacji będzie nieoceniona. Jak to tej pory nieźle nam wychodziło kierowanie się instynktem i intuicją i mamy nadzieję, że los nadal będzie nam sprzyjał.

Przez ostatnie tygodnie oprócz losu wyjątkowo sprzyjał nam wiatr. Nie było to jednak zaskoczeniem, bo o tej porze roku, mniej więcej od połowy wysokości portugalskiego wybrzeża, statki żaglowe mkną na południe niesione ciepłymi podmuchami wiejącej regularnie nortady, która bliżej Kanarów przechodzi stopniowo w pasat.

Wiatry te były znane już starożytnym żeglarzom, ale dopiero wynalezienie karaweli – szybkiego i dzielnego statku o trójkątnym ożaglowaniu łacińskim – pozwoliło Portugalczykom stać się pionierami epoki wielkich odkryć geograficznych. Rewolucja w budownictwie okrętowym końca średniowiecza zbiegła się w czasie podbojami na lądzie, gdzie po kilkuset latach walk udało się stopniowo wyprzeć muzułmańskich Maurów z terenu obecnej Portugalii. Rozpędzona machina wojenna wsparta religią i technologią zaostrzyła apetyty książąt i królów, którzy z czystym sumieniem oraz krzyżem na piersi i żaglu wyciągali coraz dłuższe ręce w stronę Afryki i jej bogactw. Ceny przypraw, transportowanych przez Turków z Indii przez Morze Śródziemne były tak horrendalne, że opłacało się poświęcać ludzi i statki, by szukać nowej drogi na wschód. Chęć zysku i ambicja skłaniały króla Henryka Żeglarza do wysyłania kolejnych wypraw wzdłuż wybrzeży Afryki, by małymi krokami przetrzeć szlak, którego istnienia tylko się domyślano. Przy okazji odkryto wielkie bogactwa tego kontynentu – kruszce i niewolników, którzy szybko stali się niechlubną, ale poważną siłą napędową gospodarki. W 1444 roku do portu w Lagos przybił pierwszy transport z czarnymi poganami, których w świetle ostatnich wojen z afrykańskim Maurami nie wahano się uczynić towarem handlowym. W takich okolicznościach powstał w tym mieście pierwszy targ niewolników w wychodzącej ze średniowiecza Europie, a zyski z kolonii stały się podstawą gospodarki państwa aż do połowy dwudziestego wieku.

Drogę do Indii rzeczywiście udało się znaleźć, a oryginalną drewnianą figurę Archanioła Rafała towarzyszącą Vasco da Gamie w tej dramatycznej wyprawie z lat 1497-1498 oglądaliśmy z bliska we wspaniałym muzeum morskim w Belém – starej dzielnicy portowej Lizbony. Muzeum znajduje się murach gotyckiego Mosterio dos Jerónimos, które samo w sobie uchodzi za najwspanialszy zabytek Lizbony, odznaczający się bogatą ornamentyką z licznymi elementami marynistycznymi.
Niestety wiele najstarszych budowli stolicy legło w gruzach w czasie trzęsienia ziemi z roku 1755, które spustoszyło sporą część kraju i wywołało tsunami dodatkowo niszczące znaczną część infrastruktury portowej. W Lizbonie częściowo ocalała dzielnica Alfama z romańską katedrą. Większa część starego miasta to jednak budowane w XVIII i XIX wieku kamienice, które mimo stosunkowo świeżego rodowodu były w większości pozbawione kanalizacji i nie spełniają współczesnych wymagań mieszkaniowych. Kilkadziesiąt procent lokali jest więc opuszczonych i mocno zaniedbanych.

Żeglarze mogą w Lizbonie zacumować w jednej z pięciu marin miejskich. Ceny są w nich takie same, infrastruktura mniej więcej podobna a lokalizacja tak samo oddalona od centrum miasta. Zacumowaliśmy w Doca de Santo Amaro, marinie położonej pod hałaśliwym mostem w sąsiedztwie licznych knajpek i dyskotek.

– Na pewno chcecie tu zostać? Tutaj są tylko miejscowe jachty, goście zazwyczaj cumują w innych marinach. Tutaj naprawdę jest głośno… Nie chodzi tylko o most. Imprezy trwają do białego rana, nie da się spać. No i toalety zamykamy tu na noc ze względu na imprezowiczów.

Przywitał nas bosman.

– A co, jeśli to jest właśnie to, czego szukamy? Przypłynęliśmy tylko na kilka dni, chcemy zobaczyć jak żyje Lizbona.

– W takim razie proszę bardzo. W razie czego ostrzegałem. Jakbyście jutro chcieli się przenieść gdzie indziej to nie ma problemu.

Brazylijska fiesta zaczęła się tuż przed północą i trwała do dziewiątej rano. Było rzeczywiście głośno ale muzyka była całkiem niezła. Po męczącym wieczornym zwiedzaniu miasta nie daliśmy jednak rady dołączyć do roztańczonego czarnego tłumu, ale rano tuż po porannej toalecie Karolina z Mateuszem załapali się jeszcze na ostatnie tańce.

Następnego wieczora zaopiekowali się nami mieszkający w Lizbonie znajomi z Polski i zwrócili naszą uwagę na lokalny specjał kulinarny – pyszne ciasteczka Pastéis de Belém, bez których spróbowania wizyta w mieście jest nieważna. Po kolacji zaprowadzili nas do rozrywkowej dzielnicy Bairo Alto, na której karnawał trwa cały rok. Tam niespodzianką było spotkanie z Kubą z załogi Rockin that boat, która tego dnia zawinęła do miasta.

Dalsza droga z wiatrem na południe była czystą przyjemnością. W nocy stawaliśmy na wygodnych kotwicowiskach, rano żeglowaliśmy przyjemnym baksztagiem dalej. Po drodze postanowiliśmy poszukać jakieś dobrej plaży, na której mielibyśmy szansę spróbować surfingu. Nie mamy sprzętu, więc musieliśmy znaleźć jakieś popularne wśród surferów miejsce. Tam na pewno da się coś wypożyczyć.

– Wiatr jest północny do północno-zachodniego. Wieje do sześciu, więc fala powinna być. Problem w tym, że jest to wiatr wiejący wzdłuż brzegu. Mało prawdopodobne, że uda nam się na tym wybrzeżu znaleźć dobry spot przy takim układzie fali.

– To gdzie płyniemy?

– Nie ma specjalnie wyboru. Jedyną szansą na jakąś falę i zdobycie sprzętu jest Sines. Jest tam też dom Vasco da Gamy więc przynajmniej coś zwiedzimy i zrobimy zakupy.

Zapasy uzupełniliśmy zaraz po przybyciu. Nie udało nam się to w Lizbonie, bo odległości do marketów były zbyt duże.

Następnego dnia postanowiliśmy zdobyć dechy.

– Daleko jest to tej plaży?

Zapytała Karolina.

– No okazuje się, że jest spory kawał. Przynajmniej siedem kilometrów w jedną stronę i żadnej szansy na busa. Po drodze czeka nas smażenie żywcem w tym słońcu, więc lepiej będzie, jak zostaniesz w mieście i pójdziesz na zwiady z aparatem. My musimy zrealizować plan.

Jedyną drogą na plażę była asfaltowa autostrada. Spacer przypominał wędrówkę przez pustynię, na szczęście przy drodze rolnicy sprzedawali melony, więc śmierć z odwodnienia nam nie groziła. W końcu doszliśmy.

– Widzisz tą falę?

– Mała…

– Słabo to wygląda. Spytajmy gościa ze szkółki czy w ogóle warto moczyć piankę.

Uśmiechnięty Flavio z rozbrajającą szczerością potwierdził, że dzisiaj nie ma sensu płacić mu za lekcje, bo efektów raczej nie będzie, ale poradził nam poczekać do wysokiej wody i wypożyczyć deski bez instruktażu. Jest szansa, że uda nam się trochę pobawić.

To chyba od początku nie mogło się udać, więc pod spojrzeniami plażowiczów czuliśmy się jak wystawieni na ostrzał moździerzowy żołnierze kawalerii powietrznej z filmu „Czas apokalipsy”, wykonujący głupi rozkaz szalonego dowódcy, który na linii frontu kazał im sprawdzić warunki do surfingu. No ale misja to misja. Miał być surfing to był.

Zabawa ostatecznie była przednia, ale udało nam się tylko kilka żałosnych ślizgów, trwających nie dłużej niż orgazm królika.

Karolina z kolei przekonała się jak wyglądają portugalskie slumsy i zobaczyła, że tutaj ubóstwo od przepychu oddziela czasem tylko jedna ulica. Mimo stuprocentowej bariery językowej dostała też zaproszenie na grilla od czarnoskórej Fines, która nie posiadając wiele, ze szczerą radością dzieliła się tym co ma.

Następnym celem było południowe wybrzeże Algarve, uchodzące z najpiękniejszą część Portugalii. Zaraz po minięciu przylądka Cabo de São Vincente zaczęliśmy się przekonywać do tej opinii. Pierwszą noc spędziliśmy na kotwicy koło Sagres w zatoce otoczonej pionowymi klifami. Wiało jednak tak mocno, że nie próbowaliśmy wodować kajaka. Rano pożeglowaliśmy wzdłuż skalnych klifów w stronę Lagos, które strona TripAdvisor uznała w 2012 roku jako numer jeden na liście piętnastu wschodzących destynacji turystycznych. Nienawidzę słowa „destynacja turystyczna” więc byłem odrobinę sceptyczny, jednak kiedy minęliśmy skalny przylądek Ponta da Piedade osłaniający miasto od południa, dosłownie opadły nam szczęki. Naszym oczom ukazały się pomarańczowe klify, z wypłukanymi przez wodę labiryntami grot i bram skalnych. Tego dnia zdołaliśmy już tylko rzucić kotwicę przy plaży miejskiej i zwiedzić starówkę, ale kolejny ranek zaczęliśmy od wyprawy kajakowej do grot.

Nie ma lepszego sposobu na zwiedzanie tego labiryntu niż właśnie kajakiem, który potrafi się prześliznąć pod najniższym łukiem i wpłynąć na najpłytszą wodę. Miliony lat erozji stworzyły tu podwodne korytarze, wysokie komnaty, pojawiające się i znikające przy odpływach i przypływach przejścia, rozświetlone promieniami słońca kominy i ukryte na końcach labiryntów plaże. Spędziliśmy tu kilka zapierających dech w piersiach godzin i uznaliśmy to miejsce za numer jeden naszej dotychczasowej wyprawy.

Algarve ma jednak więcej niespodzianek. Kolejnym naszym celem była laguna Alvor, która przy wysokiej wodzie zamienia się w jezioro, a przy niskiej jest labiryntem płytkich kanałów o wartkim nurcie. Szczególne wrażenie robi moment, kiedy opadająca woda odsłania kolejne małe wysepki, zamieniające się stopniowo w stały ląd. Sztuką jest tu rzucenie kotwicy w miejscu, które będzie bezpieczne przy każdym poziomie wody i jednocześnie nie będzie kolizyjne z miejscami cumowania licznych miejscowych łodzi stojących na bojach. Samo miasteczko jest raczej kameralne, ale pełne knajpek oferujących turystom wygrzewającym się na pobliskiej plaży pełen wachlarz usług gastronomicznych w rozsądnych cenach.

Położone kilka mil dalej na zachód Portimão wzbudziło nasze mieszane uczucia. Miasto z daleka wygląda jak turystyczny moloch, z kilkunastopiętrowymi apartamentowcami, betonową panoramą i drogą mariną. Na szczęście w locji znaleźliśmy informację, że położona na wschodnim brzegu dzielnica Ferragudo posiada niezłe kotwicowisko i klimatyczną starą zabudowę. Udało nam się potwierdzić te informacje. W Ferragudo znaleźliśmy lokalne bary, gdzie duże piwo można wypić za niecałe dwa euro, a dojrzałe figi i owoce drzewa świętojańskiego można zrywać wprost z drzew w dowolnej ilości. W takich miejscach urocze zakątki znajdują się zazwyczaj zaraz obok zrujnowanych i nikomu nie potrzebnych domostw z innej epoki, ale i tak lepsze to, niż znajdujący się na drugim brzegu betonowo-szklany krajobraz udający tańszą wersją Dubaju dla masowych turystów.

Naszym ostatnim kotwicowiskiem w Portugalii było Faro, gdzie musieliśmy rozstać się na jakiś czas z Karoliną, wracającą do Kamienia.

Tutaj ponownie znaleźliśmy labirynt kanałów, z rwącymi rzekami przy odpływie i wielkim jeziorem przy przypływie. Kotwiczenie było jednak szczególnie trudne. Prąd w kanałach zmieniał kierunek gwałtownie i wywoływał silne wiry. Jachtem kręciło i szarpało na wszystkie strony. Po pierwszej nerwowej nocy Karolina zaproponowała przeprowadzkę na boję.

– Stańmy na tej pomarańczowej boi, przecież jest wolna!

– Może i jest wolna ale na pewno jest prywatna i jej właściciel może wrócić w każdej chwili. Nie będzie zadowolony, kiedy nas tu zastanie.

– No ale stoimy tu już drugi dzień i nikt się tą boją nie interesował. Może spytamy sąsiadów?

– Jak chcesz, ale powiedzą Ci dokładnie to samo. Że boja jest prywatna i właściciel może wrócić kiedy chce.

– Przynajmniej spróbujmy.

Po chwili spytaliśmy właściciela sąsiedniego jachtu o wolną boję.

– To jest prywatna boja, ale nie widziałem właściciela od kilku dni. Nie wykluczone jednak, że wróci niebawem. Na waszym miejscu bym tam zacumował i zmienił miejsce kiedy ktoś przypłynie.

Dobra rada. Problem w tym, że zamierzaliśmy zejść z jachtu na cały dzień i w razie problemu nie miałby kto przestawić łodzi. Na boi staliśmy jednak całą dobę i nikt się nami nie zainteresował.

W międzyczasie popłynęliśmy kajakiem na ląd. Żeby się dostać do mariny dla motorówek trzeba było przepłynąć między labiryntem osuchów i pod niskim mostkiem kolejowym. Najpierw błądziliśmy i brodziliśmy po kolana w błocie, zanim znaleźliśmy odpowiedni kanał, następnie przy niskiej wodzie bez problemu przepłynęliśmy pod mostkiem kolejowym z dużym zapasem nad głowami.

Faro jest przyjemnym miasteczkiem ze sporą starówką. Ciekawostką są bociany, które gniazdują prawie wszędzie, a ich liczne gniazda są zajęte przez cały rok. Gdyby nie wzmianka w locji, prawdopodobnie bylibyśmy bardzo zaskoczeni. Tych ptaków było tu w jednym miejscu więcej, niż w niejednym całym polskim powiecie!

Kiedy wieczorem wracaliśmy na jacht przy wysokiej wodzie, zmuszeni byliśmy wysadzić Karolinę na ląd i z trudem przeciskać się na leżąco pod mostkiem, który wcześniej wydawał nam się bardzo wysoki.

W środę rano spakowaliśmy Karolinę i znanym już szlakiem zawieźliśmy na ląd. Spędziliśmy razem jeszcze parę godzin, chroniąc się w kawiarniach przed upałem i pojechaliśmy na lotnisko.
Po odprawie i smutnym pożegnaniu wróciliśmy z Mateuszem na jacht i zdziwiliśmy się widząc, że pod naszą nieobecność ktoś przestawił go na inną boję. Na szczęście zrobił to profesjonalnie, jednak było nam trochę głupio, że utrudniliśmy komuś cumowanie i zmusiliśmy go do dodatkowej pracy. Chcieliśmy uprzejmie podziękować i przeprosić, jednak nikogo nie było już na zaparkowanej na boi motorówce.

Następnego dnia ruszyliśmy sami w stronę Gibraltaru i po dwóch dobach spokojnej żeglugi dotarliśmy do Tarify. Stoimy teraz na kotwicy od zawietrznej strony tej wyspy, czekamy aż przestanie wiać silny i gorący wiatr levanter (ma wiać trzy dni) i żałujemy, że będąc w stolicy europejskiego windsurfingu nie mamy ze sobą sprzętu windsurfingowego. Pocieszeniem jest widok odległego o dziesięć mil wybrzeża Afryki, do którego niebawem zamierzamy dopłynąć.

Rejs „Sputnikiem dookoła Ziemi” wspierają: Sail Service, Crewsaver, Eljacht, Henri Lloyd, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego, Lyofood, Jacht Klub Kamień Pomorski i Miesięcznik Żagle

Tekst: Mateusz Stodulski

Zdjęcia: Sputnik Team

 

Sputnikiem dookoła Ziemi Reviewed by on . Skończyliśmy włóczęgę wzdłuż portugalskiego wybrzeża. Ponad dwa tygodnie minęły od czasu, kiedy na dworcu w Cascais przywitaliśmy radośnie dołączającego do nas Skończyliśmy włóczęgę wzdłuż portugalskiego wybrzeża. Ponad dwa tygodnie minęły od czasu, kiedy na dworcu w Cascais przywitaliśmy radośnie dołączającego do nas Rating: 0

Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

scroll to top