sobota, 22 Wrzesień 2018, 05:20

Strona główna » REGION » Egzorcyzmy… moje świadectwo
Egzorcyzmy… moje świadectwo

Egzorcyzmy… moje świadectwo

czwartek, 29 Marzec 2018, 08:00 Kategoria: REGION, religia, społeczeństwo

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie chęć, jak i potrzeba dania świadectwa. Uważam, że we współczesnym świecie – zwłaszcza dla nas, Chrześcijan – tym, co ma wielką wartość, jest właśnie świadectwo. Nigdy nie przypuszczałem, że będę świadkiem takich wydarzeń. Kościół ma niejedno oblicze i złym jest to, że kojarzy się wielu ludziom tylko z tym kawałkiem, który pokazują mass media, kreując ostatnimi czasy antychrześcijańską histerię.

Mój zakon został założony w roku 1193 przez mało znanego świętego z południowej Francji, Jana z Mathy. Głównym celem i charyzmą zakonu był wykup chrześcijańskich niewolników, co też przez wieki czynił – stąd areną działania zakonu były przede wszystkim kraje muzułmańskie. Dziś mówi się o wielu formach niewolnictwa, ale bardzo mało i z niejakim wstydem, lub zażenowaniem o jego formie najgorszej – o opętaniu!

Po wielu przygodach w Libii, gdzie pracowałem ponad dwa lata i kres temu położył wybuch wojny, wylądowałem w naszym konwencie w Sanktuarium Madonna del Soccorso, położonym bardzo malowniczo, 60 km na południe od Rzymu, w górach pontyjskich, 20 km od morza, w miejscowości Cori a właściwie to nad tą miejscowością, ponieważ Sanktuarium znajduje się na stoku góry a miejscowość rozciąga się pod nim.

Było nas trzech: Padre (ojciec) Luka (69 l.) – superior, który pracował już w wielu krajach na paru kontynentach, były prowincjał (którego znałem od lat, poznaliśmy się ponad 20 lat temu w Wiedniu, później nasze drogi się wielokrotnie krzyżowały, w Stanach, Hiszpanii, Meksyku, czy Niemczech), drugim P. Settimio (73 l.), który był od 12 lat rektorem Sanktuarium, o czym wiedziałem wcześniej i egzorcystą na całą diecezję Latina, o czym nie miałem pojęcia.

Egzorcystą może być tylko kapłan mianowany przez biskupa na terenie swojej diecezji. Z reguły biskup mianuje jednego, czy dwóch księży o pewnych specjalnych predyspozycjach do pełnienia tej posługi. Zawsze wyobrażałem ich sobie jako tytanów ducha o spiżowych twarzach.

O. Settimio jest całkowitym zaprzeczeniem mojego wyobrażenia: schorowany, ma trudności z chodzeniem (trzy razy w tygodniu jeździ na dializę), bardzo skromny, z dobrotliwa twarzą i białymi jak śnieg włosami, bardziej przypomina św. Mikołaja, niż kogoś, kto parę razy w tygodniu mocuje się z demonami, a jednak…

Tu trochę o położeniu naszego klasztoru. Pochodzi z XVI wieku, miało tu miejsce w roku 1521 objawienie NMP. Konwent leży na zboczu góry, otoczony lasem. Od dołu otacza go ogród. Dookoła znajdują się gaje, poniżej rozpościera się miejscowość Cori a wokół niej liczne winnice uprawne. W oddali widać morze. Jesienią i zimą klasztor często jest przykryty chmurami lub gęstą mgłą, która wnika do środka w takim stopniu że stojąc, nie widać podłogi. Mieszkało tu w złotym okresie 40 zakonników, dziś jest nas trzech. Miejsca jest tu naprawdę dość: piwnice, tarasy, stary refektarz i biblioteka, kuchnie, odrestaurowana część wschodnia, skrzydło południowe, strychy, wszystko połączone korytarzykami z kościołem i kaplicą, w której właśnie odprawia się egzorcyzmy.

Mój kontakt z egzorcyzmami, opętaniami i egzorcystami jak do tej pory był czysto telewizyjny. Pamiętam, jak oglądałem słynny film „Egzorcysta”, którego akcja dzieje się w Georgetown pod Waszyngtonem, nota bene nakręcony na podstawie zdarzeń prawdziwych.

Byłem wtedy klerykiem, oglądałem go na plebanii u mojego przyjaciela, który był proboszczem Münster. Akurat musiał wyjechać na trzy dni do Paryża, gdzie kończył swój doktorat i zostawił mnie samego. Jedyna pozytywna rzecz w zdarzeniu to to, że film był puszczany oczywiście po niemiecku a ja wtedy kompletnie nie rozumiałem tego języka. Wystarczyły mi sceny, które wyryły mi się w pamięci. Był to rok 1989, kiedy nie byliśmy jeszcze tak bombardowani różnego typu horrorami o wątpliwym poziomie i zerowej wartości artystycznej. W każdym razie zniesmaczyłem się wtedy strasznie różnej maści opętaniami i tematem egzorcyzmów. było to dla mnie płytkie i taki trochę chwytem poniżej pasa.

Dziś kiedy byście zaczęli w towarzystwie rozmowę o diable, o ile mielibyście na tyle odwagi, to zaraz zostalibyście wyzwani od moherów, zaścianka czy ciemnogrodu. Przyjaciel Jana Pawła II, francuski pisarz Andre Frossard (zresztą też nawrócony), autor słynnej książki „ 36 dowodów na istnienie diabła” powiedział kiedyś, że największym sukcesem diabła jest to, że ludzie w niego nie wierzą. Jest to temat tabu nawet i w kościele. Wielu z nas, tj. księży, wstydzi się mówić na ten temat, jak również na temat opętań, czy manifestacji zła. Nie powiem żebym był inny. Mam się za człowieka wykształconego.” Studiowałem” na pięciu uniwersytetach, co prawda tylko jeden udało mi się jakoś skończyć, więc „te” sprawy traktowałem z przymrużeniem oka. Do czasu…

Dziś, kiedy czasami rozmawiam z moimi przyjaciółmi księżmi, lekarzami czy w ogóle z ludźmi na jakimś poziomie intelektualnym, to często patrzą na mnie z politowaniem i się kpiąco pytają: „ I ty w to wierzysz?”. Nie, ja w to nie wierzę, ja to wiem. Po tym wszystkim, co widziałem, słyszałem i przeżyłem. Aby wszystko było jasne: nie jestem żadnym ekspertem czy specjalistą w demonologii. Występuje tu jako świadek. Chcę opisać zdarzenia i przypadki, których byłem świadkiem. Nie chodzi tu o wzbudzenie sensacji, ale o uświadomienie powagi problemu, wielkiego cierpienia ludzkiego i o przerażających skutkach bardzo niewinnie rozpoczynających się zachowań.

Któregoś dnia, po porannych modlitwach podszedł do mnie Settimio i powiedział, że potrzebowałby mojej pomocy. Rzadko o coś prosił, więc zgodziłem się od razu.

Jesteś kawał chłopa (bo jestem, trochę mało symetrycznie, ale parę kilo mam. Język włoski na opis tego atletycznego typu mężczyzn używa słowa robusto) – więc będzie  nam łatwiej – dodał Settimio i klepnął mnie w plecy. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, na co się piszę. Zrozumiałem to pół godziny później.

Chcę jeszcze raz oświadczyć, że w sprawach opętań, nawiedzeń, ozdrowień, manifestacji nadprzyrodzonych etc. zawsze byłem sceptykiem. Ani mnie te sprawy pociągały, ani interesowały i szczerze mówiąc, nie bardzo w nie wierzyłem. Pamiętam, kiedy pracowałem w Las Palmas, jak ludzie często po Mszy św. przychodzili do zakrystii prosząc, bym im poświecił wodę i targali ze sobą półtoralitrowe butle. Pytam się kiedyś mojego przyjaciela Mosesa (był franciszkaninem, wiele lat pracował w Rzymie przy bibliotece watykańskiej):

po co im tyle tej wody?

nie wiesz? – odpowiedział – oni ją piją bo myślą, że tak się oczyszczą.

Przez parę lat na Kanarach spotkałem paru nawiedzonych, niektórych nawet zdrowo. Ale dziewięciu na dziesięciu nadawało się raczej do psychiatry lub dobrego psychologa. Zawsze jednak zostawał ten jeden na dziesięć, który mi się nigdzie nie kwalifikował. Tym niemniej moje nastawienie do tych fenomenów, kiedy przyjechałem do Cori, było delikatnie mówiąc – podejrzliwe.

Miała na imię Antonella, dwadzieścia kilka lat. Przyjechała z rodzicami. Oprócz ich, mnie i Settimia były jeszcze trzy osoby: Pepe, Franco i jego żona Yolanda (taka grupa sympatycznych starszych osób, która często się udzielała w Sanktuarium). Byliśmy w kaplicy, która jest wkomponowana w Sanktuarium po lewej stronie, jeśli się stoi przodem do ołtarza. Kapliczka nie jest duża, ma kilka metrów szerokości i kilkanaście metrów długości. Stoi tam parę ławek, jest ołtarz, na którym zimą odprawiamy Eucharystię. W miejscu centralnym jest duży obraz Matki Bożej objawiającej się małej dziewczynce. Scena, która według tradycji miała miejsce pięćset lat temu, kiedy to w Cori zaczęły mieć miejsce objawienia i cudowne zdarzenia, zaaprobowane zresztą przez Kościół. W kaplicy nie było okien.

Liturgia egzorcyzmu jest dość długa. Niektóre jej części – jak czytanie Ewangelii, fragmentu Pisma, czy recytowanie Litanii do Wszystkich Świętych może odprawiać ksiądz, który asystuje, niekoniecznie egzorcysta. Settimio poprosił mnie abym przeczytał Ewangelię. Był to fragment ze świętego Marka o kuszeniu Pana Jezusa na pustyni. Stałem przodem do wszystkich, obok stał Settimio. Antonella patrzyła na mnie półprzytomnie. Kiedy doszedłem do momentu, w którym Jezus wypowiada słowa: „odejdź ode mnie precz, szatanie” rozległ się potężny dziki ryk, który się wydarł z tej dziewczyny, aż ją odrzuciło. Mnie chyba pierwszy raz w życiu stanęły włosy dęba. Zaczęła charczeć i rzęzić. Posadzili ją na ławce w ten sposób, że była unieruchomiona.

Była to ławka z oparciem; trzymała na niej rozciągnięte ręce, jak na krzyżu. Z tyłu stali: Pepe i Franco i każdy trzymał ją za rękę. Z tyłu też trzymała ją za głowę Yolanda. Antonella siedziała z rozkraczonymi nogami, między którymi przodem do niej klęczał jej ojciec i obejmował ja wpół. Była unieruchomiona jak w imadle. Mogła jedynie poruszać stopami. Settimio zaczął ją kropić wodą święconą, pytając: nomen tuum? – imię twoje. Wyła strasznie – w czwórkę nie mogli jej utrzymać. Podrzucała ich wraz z ta dębową ławą. Kiedy Settimio wkładał jej na szyję różaniec pomyślałem, że bardziej przeraźliwie wyć już nie można. Znów się pomyliłem: bo można.

Ileż to ja razy się w moim życiu pomyliłem. Mój współbrat poprosił, abym wraz z nim włożył na jej głowę ręce. Robiłem to później wiele razy, podczas egzorcyzmów, czy podczas modlitwy o uwolnienie, widziałem różne reakcje. Wtedy w tej kaplicy, kiedy robiłem to po raz pierwszy, byłem lekko wystraszony. Do tego momentu Antonella miała zamknięte oczy, kiedy włożyliśmy na nią ręce przestała ryczeć, otworzyła oczy, których wyrazu nie zapomnę do końca życia i wyszeptała męskim (!) głosem:

czego ode mnie chcecie?

zostaw ją – mówi Settimio – ona jest Jezusa

nie – odpowiada spokojnym głosem

ona jest Jezusa – powtarza Settimio ostrzej – zostaw ją –

i podtykając jej (jemu) pod oczy krzyż pyta znowu:

nomen tuum?

spierd..aj! – i zaczyna ryczeć i wić się z taka siłą, że jej nie mogą utrzymać

zapłacicie mi za to – charczy – ty i ten drugi – ten drugi, czyli ja, nogi się pode mną ugięły

Settimio zaczyna:

Ave Maria…

przestańcie!!! – i zaczyna pluć w miejsce obok ołtarza i strasznie, ale naprawdę strasznie bluźnić Madonnie wystawiając język i poruszając nim rytmicznie

Ave Maria… – kontynuujemy dalej – zostaw ją!

nie

ona jest Jezusa!

a co on może jej zaproponować??? – szepcze drwiąco – tylko ból i cierpienie

a ty?

przyjemność – i mówi to z tak zmienioną, powykrzywianą skurczami twarzą i oczami tak potwornymi, że zmieniającym się kolorem tęczówek, że mnie ogarnęło przerażenie

wyjdź z niej!

nie!

ona cię nie chce!

ale to najprzyjemniejsze być w tych, którzy mnie nie chcą – mówi słodko jadowitym głosem

wyjdź!

nie! – odpowiada wrzeszcząc i śmiejąc się

to kontynuujemy – mówi Settimio, zaczynając modlitwę do Ducha Świętego

ooo! – szydzi Antonella z uśmiechem – to może kur..a przerobimy dziś cały katechizm?!

I zaczyna szczekać…

Chwilę później Settimio rozpoczyna po łacinie główną imperatywną (rozkazującą) modlitwę egzorcyzmu. Następuje teraz takie wycie, jakiego jeszcze nie słyszałem – ci wszyscy, którzy ją trzymają, dosłownie na niej leżą czy wiszą, obok stoi dębowy klęcznik tak ciężki, że ja ledwo go mam siłę podnieść a ona go dosłownie podrzuca kopiąc od spodu samą tylko stopą. Kleknąłem na nim a właściwie to się położyłem a ona mnie razem z tym klęcznikiem podrzucała na kilkanaście centymetrów! Widzę kątem oka, że ludzie nie są w stanie jej utrzymać. Odskoczyli razem z Antonellą i ławką jakieś dwa metry.

Settimio przestaje, Antonella się uspokaja, wszyscy ciężko dyszą, ale nadal ją trzymają. Ja mam oczy jak filiżanki.

Nagle Antonella zaczyna płakać i mówić dziecięcym głosem i to było najbardziej potworne co tego dnia widziałem

zostawcie mnie proszę, nie róbcie mi krzywdy – kwili

Settimio pozostaje twardy – nomen tuum! – imię twoje! – krzyczy i przykłada jej krzyż do czoła.

Znowu pisk i wycie.

Settimio:

udawałeś psa (szczekanie) i węża (wystawianie jęzora) i co?

nie oddam

nie jest twoja

pier..l się zajeb..y skur…ynu. Ty i ta cała twoja reszta, razem z tą ku.wą, co tam stoi (tłum. z włoskiego)

Widział coś a raczej kogoś, kogo my nie widzieliśmy…

stul pysk i wynoś się!

ha, ha, ha, to nie tak! Mam mało czasu …

Settimio zaczął liturgie egzorcyzmu po łacinie. To było mocne: z im większą intensywnością się modliliśmy, tym reakcje i manifestacje zła były mocniejsze. Po trzech godzinach walki sytuacja była patowa. Antonelli wróciła świadomość. Myślałem że to już koniec. Zaczęła się przytomnie rozglądać i nawet uśmiechać. Nagle zaczęła się dotykać w prawą dłoń i drapać, twarz jej się zmieniła, była straszna zaczęła wrzeszczeć:

parzy!!! – i zwinęła się w kabłąk, cały czas wrzeszcząc – parzy! – i pocierając z siłą konia swój nadgarstek. Parę minut wcześniej Paco przyłożył jej tam obrazek z Madonną.

palę się! – wrzeszczała

pokrop ją wodą święconą! – krzyknął Settimio

Skręcała się jak w konwulsji, po czym straciła przytomność. Po paru chwilach, kiedy ją odzyskała, zwymiotowała i zaczęła patrzeć dookoła przytomnym wzrokiem. Co mi chyba zostanie w pamięci do końca, to nie tyle te nie dające normalnie się wytłumaczyć sceny, co twarz jej ojca, tak pełna bólu, wtedy kiedy widział jej cierpienie. I te wielkie łzy, które mu ciekły po twarzy.

 

Powyższe słowa napisałem parę lat temu. Od tego dnia wiele razy asystowałem Settimio przy egzorcyzmach. Często też wyjeżdżałem z Cori na jakiś czas. Ostatnio nie było mnie prawie półtora roku. Wróciłem parę miesięcy temu. Któregoś wieczora, było to jesienią, schodzę na dół do kościoła, było późne popołudnie i było dość ciemno. Kiedy siadałem w drugiej ławce, rzuciłem okiem na kobietę modląca się z tylu. Ubrana na ciemno z długimi włosami, bardzo piękną twarz. Wykapana Monica Belluci – pomyślałem, ale nie przyglądałem jej się specjalne. W końcu jestem w kościele to nie będę się za kobietami oglądał. Zresztą poza kościołem też nie wypada a już zwłaszcza księdzu. (Chociaż kiedyś powiedział mi jeden mądry, że jak ktoś jest na diecie to wcale nie znaczy, że nie może poczytać sobie karty dan.) Coś mi nie dawało spokoju. Pięć metrów od miejsca gdzie siedziałem było wejście do bocznej kaplicy, w której to właśnie odprawialiśmy egzorcyzmy. Tam są takie metalowo – szklane drzwi, które przeważnie są otwarte. Zaraz przy nich siedział mężczyzna. Im dłużej na niego patrzyłem tym bardziej wydawał mi się znajomy. Gdzie ja go widziałem ?? W końcu zajarzyłem – właśnie tu w tej kaplicy. To był ojciec Antonelli! A co on tu robi ? Chyba, że nie to niemożliwe….odwróciłem się tak szybko, że mało sobie karku nie skręciłem. Sam dałbym sto euro żeby zobaczyć wtedy moją rozdziawioną gębę. Z tylu za mną siedziała promiennie uśmiechnięta Antonella!!!

Moje życie zaczyna się zmieniać!!!!

Parę lat temu, któregoś wieczora pyta mnie Settimio czy nie mógłbym mu jutro towarzyszyć bo musi jechać pobłogosławić jedno miejsce i później kogoś odwiedzić. Rzadko kiedy wyjeżdżał w „teren” i rzadko kiedy jak już mówiłem o coś prosił, więc musiało to być coś niepośledniego. Następnego dnia rano przyjechała po nas trzydziestoparoletnia kobieta, która miała nam towarzyszyć. Po pół godziny zajechaliśmy na teren jakiejś fabryki czy zakładu. Settimio ubrał się w „uniform” i zaczął świecić wszystkie pomieszczenia od jakiejś hali produkcyjnej począwszy na pomieszczeniach biurowych kończąc. Widać było, że wszystko jest tu nowe i na wysokim poziomie – a co wy tu produkujecie? – zapytałem. Kobieta odpowiedziała mi, że części wyposażenia wież obserwacyjnych, które stoją na każdym lotnisku. Wyższa technologia – pomyślałem – ale co to ma wspólnego z demonami? – Settimio chyba się starzeje, że dał się tu ściągnąć nie wiadomo dlaczego.

Nagle do mnie dotarło, że było bardzo cicho, mimo, że był to środek tygodnia nie było nikogo – absolutnie nikogo. Może jeszcze produkcja nie ruszyła? Kiedy zaczynacie rozruch – pytam. Zaczęliśmy miesiąc temu – odpowiedziała cicho. Przypomniał mi się stary amerykański film „Andromeda znaczy śmierć” i wymarłe miasto, na wskutek jakiś eksperymentów wojskowych, do którego trafia grupa naukowców. No ale chyba tutaj nie robili żadnych eksperymentów… A gdzie są wszyscy? – pytam…- pouciekali? Chciałem być dowcipny. Ale nikt się nie zaśmiał. W międzyczasie dołączył do nas ojciec tej kobiety – Soni, właściciel tego interesu, z jeszcze jednym smutnym gościem, swoim synem.

Pamiętam jak parę lat później przyjechała do naszego klasztoru grupa budowlanych i dekarzy, mieli zostać parę miesięcy i robić dach i nową elewacje. Było to siedmiu młodych, silnych dwudziestoparolatków. Po dwóch dniach został tylko Michael ich szef. Reszta odezwała się później z Bari, miasta położonego czterysta kilometrów od naszego klasztoru mówiąc, że nie wróci do roboty za żadne pieniądze. Ale to inna historia.

Jednak wtedy nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, więc tylko patrzyłem półprzytomnie na to co robi Settimio. W końcu ten się odezwał – jedziemy. Gdzie ? – pytam. Do ich domu – odpowiedział wskazując głową na Sonie i jej ojca i brata – tam znajduje się główny powód wszystkich kłopotów. To była duża posiadłość. Przypominała meksykańska hacjendę. Wjechaliśmy przez wielka bramę i jechaliśmy przez pięknie zadbany ogród. Byliśmy jeszcze daleko od ganku kiedy usłyszeliśmy wycie. Ktoś nieludzko wył. Popatrzyłem na Settimio on na mnie i już wiedzieliśmy, że następne godziny będą ciężkie. Wycie się spotęgowało jeszcze bardziej. Wysiedliśmy z samochodu. Nasi przyjaciele byli biali jak papier. Weszliśmy przez werandę do wielkiej kuchni. Stół leżał przewrócony na bok, wszędzie jakieś porozrzucane i pobite gary i naczynia. W koncie stała a raczej kuliła się jakaś para przerażonych ludzi. Służba – przeleciało mi przez głowę. Po podłodze coś pełzało…To była mama Soni i jej brata Giancarla, żona Umberto, którzy stali i patrzyli na to z otwartymi ustami.

…jeb..e skur….ny, jeb..e skur….ny, zasrani jeb..cy yyyyyy...wiła się na podłodze wystawiając czarny język.. naśladuje węża – mówi do mnie Settimio wyciągając stułę i krzyż z torby – zaczęła wyć i charczeć. Posadźcie ją na krześle i przytrzymajcie zwrócił się do obecnych – nikt nawet nie drgnął.

Idź zobacz czy nie ma tu na wierzchu jakiś znaków – zwrócił się do mnie. (myślał o jakiś symbolach satanistycznych) Mi też nie bardzo chciało się wychodzić z tej kuchni i szwendać się samemu po domu…znalazłem trzy.

Kiedy wróciłem trzymali ja na wielkim fotelu. Widocznie się przemogli – pomyślałem, jakby się trochę uspokoiło. Mój współbrat prowadził, jak zawsze w tych przypadkach, „dialog”

imię twoje -? spier…aj,spier…aj ……jeb..i zasrańcy eeee, wszystko byłoby dobrze gdyby nie wy…

kto?! – wy!!! – jeb..e klechy!!!

Muszę powiedzieć szczerze, że bardzo mi się to spodobało „ jeb..e klechy”. I to był jeden z tych momentów, kiedy bardzo się cieszyłem że jestem księdzem, bo widać było jasno, że pomimo tylu i słabości. I krytyki i zwątpienia, jednak na coś się przydajemy..Słyszałem to później jeszcze nie raz i zawsze dawało mi to jakaś satysfakcje.

-zapłacicie mi za to skurw..le – nawet ta szmata (Maryja – demon nigdy, przenigdy ze strachu i ze świadomości jej potęgi nad nim nie wypowie imienia Maryi) wam nie pomoże uuuuuu…

zawsze mi się robiło trochę nieswojo jak słyszałem ten tekst, nagle zmienił strategie i zaczął słodkim głosem mówić do rodziny:

nie pozwólcie, żeby mnie tak dręczyli, proszę was. Błagam, błagam…pomóżcie, proszę Soniu   …. pomóż patrzyłem na Sonie i jej brata i ojca. To było zawsze najgorsze, widzieć jak przechodzą przez to najbliżsi.

Kiedyś był taki przypadek matki z dzieckiem. Kiedy ona zaczynała się modlić dziecko zaczynało krzyczeć z bólu i błagać : mamusiu przestań..

Diabeł nie gra fair play, tam nie ma żadnych reguł i żadnej litości!!

Mądralom się wydaje, że wiedzą wszystko. Ile ja się nasłucham krytyki kościoła, czasami i słusznej. Ale ile tez tej nienawiści, kpin i wyśmiewania. Ludzie, którzy boją się pająka wyśmiewają się z takiego ciemnogrodu. Powtarzam, że ja lepszy nie byłem. Chce dać tylko świadectwo, tego co widziałem i przeżyłem. Do niczego nikogo nie chce zmuszać. Dlaczego to robię? Nie dlatego, że lubię idiotów ale dlatego, że widziałem tyle bólu i cierpienia osób , które przez to przeszły, tak że gdybym tego nie zrobił to czułbym się winny.

Nie pozuje na bohatera. Wręcz odwrotnie. Nie zawsze się kończyło to tak jak tym razem. Po trzech godzinach zły – odpuścił. Settimio ledwo stał na nogach, Sonia płakała i przytulała swoja mamę, jej syn obejmował ją za szyje, Umberto przy niej klęczał a ja się czułem jakbym dostał parę razy kijem bejsbolowym. Potem nigdy ich więcej nie spotkałem.

Pytali mnie często czy ja się bałem. Jeszcze jak. Są różne rodzaje manifestacji zła, która prowokuje nie tylko strach ale i obrzydzenie, czasami do tego stopnia że powoduje wymioty. Raz mi się to zdarzyło, asystowałem przy egzorcyzmie dziewiętnastoletniej dziewczyny, która brała odział w czarnej mszy w Mediolanie. Trzymałem się dzielnie do momentu kiedy demon doszedł w swoich wyznaniach do momentu anty-komunii. Nie jestem jakiś delikatny bubek i trochę w życiu widziałem,( przed laty dorabiałem punkty na medycynę i pracowałem w szpitalu na gipsowni czasami asystowałem przy operacjach, amputacjach. Ostatnio parę lat byłem na pustyni w Libii, gdzie wybuchła wojna,) więc na widok krwi nie zemdleje, ale wierzcie mi … to co opowiadał demon, przez usta tej dziewczyny odbiegało od wszelkich norm. Może też dlatego ,że ta opętana to była bardzo piękna i delikatna dziewczyna… Jak o tym wspominam i widzę tych „satanistów” reklamujących się dzisiaj to bym im najchętniej pozakładał pampersy. Czy oni myślą, że na szatana można dzwonić jak na lokaja albo, że się można z nim spoufalać. I on na to pozwoli?

Ale jest też inny rodzaj strachu. Nawet nie myślałem, że taki istnieje.

Był Listopad. Zimno, wiało, później przestało ale za to zrobiła się mgła. Albo chmura – co u nas często się zdarza. Klasztor jest położony w górach nad wielką równiną. Za plecami szczyty przed oczyma morze. Czasami chmury są nad nami, czasami pod nami a czasami w „środku”. Zdarza się, że jest tak gęsto, że nie widać własnych stóp. Jak w szkockim zamku. To jest wielki piętnastowieczny budynek z wieloma zakamarkami, przejściami, piwnicami etc. Jest nas tam tylko czterech, to znaczy w nocy bo w ciągu dnia przewija się trochę ludzi. Zawsze mieliśmy problem z internetem, przy takiej pogodzie sygnał był bardzo słaby. Łaziłem z kompem w ręku po korytarzach i łapałem sygnał. W końcu znalazłem, na korytarzu przy bibliotece i przy zejściu do podziemi. Już samo to miejsce było mało sympatyczne i kiedyś nigdy bym tam nie siadł ale po paru latach człowiek się do niektórych rzeczy przyzwyczaił. Wytropiłem miejsce przyciągnąłem małe biuro i krzesło i zacząłem pisać. Światło na korytarzu było na fotokomórkę na ruch, więc co chwila gasło. Musiałem się ruszyć żeby się zapaliło, bo kontakt , który je włączał na stałe był oczywiście rozwalony.. Więc co chwila gasło. Pomyślałem, że pójdę gdzieś znajdę jakąś małą lampę. Wstałem, znowu zgasło ….i wtedy usłyszałem. Ryk!! Z wrzaskami podczas egzorcyzmów byłem już otrzaskany i po latach nie robiły już na mnie specjalnego wrażenia. Ten był jednak inny…Settimio kogoś „oprawia” – pomyślałem. Na egzorcyzmy już nie chodziłem od jakiegoś czasu. Mój współbrat coraz rzadziej to robił, był coraz bardziej chory, poza tym była grupa osób która mu zawsze towarzyszyła. Ja już swoje widziałem… Znowu się zapaliło i znowu zgasło. I znowu ten ryk….nie jest dobrze – pomyślałem. Musze tam zejść.(tzn. na dół do kaplicy gdzie odprawialiśmy egzorcyzmy) Teraz to już nie był ryk, to był grzmot !!! Boże!!! zacząłem biec – znowu zgasło . W coś wyrżnąłem, wpadłem to zakrystii, zaryłem łbem w szafę, chwyciłem stułę przebiegłem przez kościół – wycie było prawie nierealne, włosy mi się zjeżyły na głowie. Miałem z pięć metrów do kaplicy, najbardziej to się bałem tego co mogę tam zobaczyć. Wpadłem do środka..

Kaplica jest mała pięć metrów na piętnaście, ołtarz, obrazy, figurki kilkanaście ławeczek – jak kaplica. Wyglądała jakby ktoś tam wrzucił bombę. Ławki leżały na kupie, figurki poprzewracane, obrazy na ścianach poprzekrzywiane. Na podłodze siedziała kobieta plecami oparte o ścianę, z lewej strony za rękę trzymał ją leżąc jakiś mężczyzna (to był mąż) , raczej próbował to robić, to samo z prawej strony (to z kolei był jej brat), przy jej nogach klęczał Settimio, miał rozdarta albę, okulary połamane stuła mu tak jakoś wisiała a właściwie zwisała, w ręce trzymał ten swój duży krucyfiks.

Nie raz egzorcyzmy kończyły się na podłodze! Dosłownie kocioł jak w amerykańskim footballu. Wiedziałem co robić. Rzuciłem się na ziemie i chwyciłem ja obiema rękoma za nogi pod kolanami, przygniatając je całym ciałem do podłogi. Wstydzę się to mówić ale ja mam sto dwadzieścia kilo w porywach do stu trzydziestu!!! Ona miała może pięćdziesiąt. Robiła ze mną co chciała. Stettimio stękał, próbował coś mówić, ale nie dawał rady. Jej maż i brat krzyczeli z bólu bo myśleli że im powyrywa ścięgna, ja nie mogłem oddychać, zaraz mi pękną żyły myślałem. I ten ryk, ten cholerny ryk. I ten pysk – bo to nie była twarz. Miałem wrażenie że się topie. Odjeżdżałem…. i tak jeszcze patrze na „to”, miałem ten ryj czterdzieści centymetrów od swojej twarzy, lewym kątem oka widziałem krzyż który Settimio z wielkim trudem trzymał mu przed ślepiami i słyszałem jak pyta prawie szeptem – nomen tuum – imię twoje.

Wtedy usłyszałem: lu – cy – fer ….. i zobaczyłem „to” w jego oczach. To była nanosekunda, ale zobaczyłem to!!!

Nie mam słów, żeby to opisać: obcość, inność może nicość. Następnego dnia jak już doszliśmy do siebie, przy kolacji Settimio zapytał mnie cicho – widziałeś? Skinąłem głowa.

I żałuje -pomyślałem – bo od tego momentu świat już nie będzie dla mnie taki sam.

Agostino Lewandowski

 

 

Egzorcyzmy… moje świadectwo Reviewed by on . Do napisania tego artykułu skłoniła mnie chęć, jak i potrzeba dania świadectwa. Uważam, że we współczesnym świecie – zwłaszcza dla nas, Chrześcijan – tym, co ma Do napisania tego artykułu skłoniła mnie chęć, jak i potrzeba dania świadectwa. Uważam, że we współczesnym świecie – zwłaszcza dla nas, Chrześcijan – tym, co ma Rating: 0

Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

scroll to top